Misja na Księżyc
Piotr i Misia byli najlepszymi przyjaciółmi, chociaż w jednej ważnej sprawie zupełnie się nie zgadzali.
Piotr twierdził, że astronauta musi zawsze mieć idealnie wypolerowany hełm. Misia zaś mówiła, że astronauta potrzebuje przede wszystkim wielkich kieszeni na ciasteczka.
„Na Księżycu nie ma żadnych ciasteczek” — zauważył Piotr.
„Właśnie dlatego musimy zabrać je ze sobą” — odpowiedziała Misia i wsunęła do kieszeni jeszcze jedną cynamonową gwiazdkę.
Pewnego cichego wieczoru, gdy nad ogrodami rozbłysnął okrągły Księżyc, w domu Piotra zadzwonił mały srebrny dzwoneczek. Nie był to zwykły dzwoneczek. Z boku miał przycisk z napisem: NA WYPADEK KSIĘŻYCOWEJ PRZYGODY.
Piotr nacisnął przycisk.
Za domem natychmiast rozświetliła się ich rakieta. Nazywała się Bąbelek 7, ponieważ była okrągła, błyszcząca i przy starcie wydawała dźwięk: „Bulbulbulbulbum!”
„Załogo, na pokład!” — zawołała Misia, która miała już na sobie niebieski skafander z wyszytym żółtym księżycem.
Piotr włożył hełm, Misia chwyciła pudełko ciasteczek i oboje wsiedli do kabiny. Na tablicy rozdzielczej migały światełka: zielone oznaczało spokój, niebieskie odwagę, a jedno pomarańczowe zapalało się tylko wtedy, gdy trzeba było uważać na chmury w kształcie puree ziemniaczanego.
„Cel lotu?” — zapytał łagodny głos komputera pokładowego.
„Księżyc!” — powiedzieli Piotr i Misia jednocześnie.
„Doskonale” — odpowiedział komputer. „Polecam zabrać koc. W kosmosie jest wprawdzie pięknie, ale trochę przeciąga.”
Rakieta lekko zadrżała.
„Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden… bulbulbulbulbum!”
Bąbelek 7 wzbił się ponad dachy, ponad kominy, ponad śpiące koty, a nawet ponad panią Nowakową, która właśnie wieszała pranie i tylko zdziwiona pomachała klamerką.
Wkrótce Ziemia pod nimi wyglądała jak wielka niebieskozielona kuleczka. Piotr obserwował ją przez okienko i czuł, jak w brzuchu podskakują mu małe radosne żabki.
„Spójrz!” — wskazała Misia. „Tam jest gwiazdozbiór Wielkiej Chochli!”
„To Wielki Wóz” — poprawił ją Piotr.
„Dobrze. Ale gdybyśmy znaleźli tam zupę, masz łyżkę?”
Piotr się zastanowił. „Nie mam.”
„No właśnie” — powiedziała z zadowoleniem Misia.
Lecieli dalej między gwiazdami. Niektóre były małe i lśniące, inne odległe i poważne. Jedna kometa przeleciała obok nich tak szybko, że zostawiła im przez radio pozdrowienie: „Przepraszam, śpieszę się!”
Potem rozległo się dziwne kaszlnięcie.
„Kchrrr… puf… kchrrr!”
Rakieta lekko przechyliła się w prawo.
Na tablicy rozdzielczej zapaliło się pomarańczowe światło. A potem drugie. A potem wszystkie światła zaczęły migać jak tort urodzinowy, który pomylił świeczki z fajerwerkami.
„Co się dzieje?” — zapytała Misia.
Komputer pokładowy odpowiedział niezwykle cicho: „Mamy mały, drobny, prawie niezauważalny problem techniczny.”
„Jak mały?” — zapytał Piotr.
„Jeden z pomocniczych silników jest zepsuty” — przyznał komputer. „A drugi obraził się, że musi pracować za dwa.”
Rakieta zrobiła kolejny powolny obrót.
Misia mocno ścisnęła pudełko z ciasteczkami. „Spadniemy?”
„Nie” — powiedział Piotr, chociaż żabki w jego brzuchu nagle przestały skakać. „Najpierw sprawdzimy, co jest nie tak.”
Oboje zapięli pasy bezpieczeństwa. Piotr otworzył panel techniczny, a Misia trzymała latarkę, która w stanie nieważkości ciągle odpływała ku sufitowi.
„Tutaj!” — powiedział Piotr. „Przy dyszy pękł przewód łączący.”
„Możemy go wymienić?”
„Nie mamy zapasowego.”
Przez chwilę w kabinie panowała cisza. Tylko silniki na zewnątrz mruczały niezadowolone: „Hmhmhm.”
Misia rozejrzała się po zapasach. Mieli koc, dwie poduszki, atlas gwiazd, jedną zapasową skarpetkę, trzy ciasteczka w kształcie rakiety i małą srebrną rolkę.
„A co z tym?” — zapytała.
Piotr spojrzał. „Kosmiczna taśma klejąca!”
„Czy jest wystarczająco mocna?”
Piotr przeczytał napis na opakowaniu. „Trzyma anteny, mapy, rękawiczki, wąsy na bal przebierańców, a w nagłych wypadkach także mniejsze części rakiet.”
„No to jasne” — powiedziała Misia. „Musimy użyć jej do naprawy naszego pomocniczego silnika.”
Piotr się uśmiechnął. To był dokładnie taki pomysł, który brzmiał trochę zabawnie, ale mógł zadziałać.
Włożyli rękawiczki i przenieśli się do małej komory serwisowej. Było tam okienko, przez które widzieli Księżyc. Nie był już tylko małym okrągłym guzikiem na niebie. Był wielki, srebrny i pełen cichych ciemnych plamek.
„Jakby ktoś rozsypał na nim kakao” — szepnęła Misia.
Piotr ostrożnie oczyścił pęknięty przewód. Misia odcięła taśmę dokładnie tak długą, by dwa razy owinęła się wokół pęknięcia.
„Raz” — liczyła.
„Trzymaj mocno” — powiedział Piotr.
„Dwa.”
Taśma lśniła jak pasek księżycowego światła. Piotr jeszcze docisnął brzegi, Misia sprawdziła połączenie i oboje się odsunęli.
„Gotowe?” — zapytała.
„Teraz to sprawdzimy” — powiedział Piotr.
Wrócili do kabiny. Komputer pokładowy rozpoczął ostrożny test.
„Pomocniczy silnik numer jeden, spróbujemy najmniejszego pomrukiwania” — oznajmił.
„Brrm” — odezwał się silnik.
Piotr i Misia nawet nie oddychali.
„Teraz średnie pomrukiwanie.”
„Brrrrm!”
Rakieta przestała się przechylać.
„A teraz wielkie, ale grzeczne pomrukiwanie!”
„BUBRRM!”
Wszystkie zielone światła zapaliły się naraz.
„Naprawa udana” — zameldował komputer. „Kosmiczna taśma klejąca po raz kolejny udowodniła, że jest bohaterką cichych technicznych chwil.”
Misia z radości zakręciła się w powietrzu. „Udało nam się!”
„Udało” — powiedział Piotr. „I bez paniki.”
„Troszeczkę panikowałam” — przyznała Misia. „Ale tylko wewnątrz hełmu. Nikt tego nie słyszał.”
Rakieta poleciała dalej ku Księżycowi. Kiedy wylądowali, było to miękkie i ostrożne: „Puf.” Wokół nich uniósł się srebrny księżycowy pył, a potem powoli znów opadł.
Piotr i Misia zeszli po schodkach. Skakali tak wysoko, że Misia przy jednym skoku omal nie dosięgła gwiazdy. Piotr wbił w ziemię małą flagę z obrazkiem dwojga przyjaciół i jednej rolki taśmy.
Potem usiedli na płaskim kamieniu, podzielili się ciasteczkami i patrzyli na Ziemię.
„Z daleka wygląda malutko” — powiedziała Misia.
„Ale jest tam wszystko, co kochamy” — odpowiedział Piotr. „Nasze domy, nasze łóżka, ogrody, ludzie… nawet mój wypolerowany hełm.”
„I moje kieszenie” — dodała Misia.
Droga do domu była spokojna. Naprawione silniki delikatnie mruczały, a kosmiczna taśma trzymała dokładnie tak, jak obiecała. Gdy Bąbelek 7 wylądował za domem Piotra, Księżyc wisiał już nisko nad dachami jak lampka dla całego świata.
Piotr i Misia pożegnali się, każde wtuliło się w swoim łóżku i położyło hełm obok poduszki.
Jeszcze zanim zasnęli, oboje pomyśleli o tym samym: Kiedy człowiek zachowuje spokój, myśli razem z przyjacielem i ma pod ręką odrobinę odwagi, można naprawić nawet coś, co wygląda na całkiem kosmicznie zepsute.
A nad ich domami cicho świecił Księżyc. Może trochę się uśmiechał. A może na jednym swoim małym pęknięciu też miał kawałek kosmicznej taśmy klejącej.